FLEX, Duke Kushan Univeristy, stypendium Rafał Brzoska Foundation
Inspirująca historia międzynarodowej edukacji na różnych kontynentach! 🌐
Amelia Janiak w rozmowie z Kingą Subdą
1. Uczyłaś się w jednym z najlepszych liceów w Warszawie, na programie IB. Czy to znaczy, że marzyłaś o edukacji zagranicznej już od najmłodszych lat?
Dorastając, oglądałam naprawdę dużo Disney Channel. Patrząc na bohaterki „Hannah Montany” czy „Czarodziejów z Waverly Place”, marzyłam o życiu w Stanach Zjednoczonych i o nauce tam. W głowie miałam coś na kształt „American Dream.” Było to jednak bardziej dziecięce marzenie niż realny plan - coś, co wydawało się bardzo dalekie i raczej nieosiągalne dla kogoś takiego jak ja. Mimo to gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może warto spróbować zrobić choćby mały krok w tym kierunku.
Uczyłam się w małej podstawówce w Lutomiersku, gdzie możliwości było raczej niewiele. Mimo to bardzo chciałam z nich korzystać - jeździłam na międzyszkolne konkursy językowe z angielskiego, ale też z przyrody, matematyki czy historii. Miałam także ogromne szczęście do ludzi, którzy mnie wspierali - rodziny i nauczycieli. To dzięki nim mogłam jeździć na te konkursy, a także chodzić na zajęcia w popołudniowej szkole muzycznej, gdzie przez 8 lat uczyłam się teorii muzycznej i gry na fortepianie. Zawsze byłam ciekawa świata i naprawdę lubiłam się uczyć. Moi rodzice i dziadkowie często musieli mnie dosłownie „odciągać” od książek, bo potrafiłam godzinami zanurzać się w wymyślonych światach i przygodach bohaterów. Z czasem zaczęłam jednak czuć, że potrzebuję innego środowiska, które pozwoli mi się dalej rozwijać.
Dlatego po podstawówce zdecydowałam się aplikować do gimnazjów w Łodzi. Moim marzeniem było Gimnazjum nr 1 - wysoko w rankingach, z klasą dwujęzyczną, która dawała szansę na naprawdę solidną naukę języka angielskiego. Choć świetnie napisałam egzamin szóstoklasisty, nie dostałam się do klasy dwujęzycznej. Mój angielski był dobry… ale nie wystarczająco dobry. Zaczęłam więc naukę w innej klasie - i tak byłam szczęśliwa, że w ogóle udało mi się tam dostać.
Po pół roku pojawiła się niespodziewana szansa - zwolniło się jedno miejsce w klasie dwujęzycznej. Razem z rodzicami poszliśmy do dyrektora zapytać czy mogłabym się przenieść. Po długich rozmowach dostałam warunkową zgodę: jeśli w dwa tygodnie ferii nadrobię całe półrocze materiału i zdam z niego egzamin. W tamtym momencie miałam angielski raz–dwa razy w tygodniu, a klasa dwujęzyczna – sześć. Do tego uczniowie klasy dwujęzycznej zaczynali
z wyższego poziomu. Materiału było mnóstwo.
Te dwa tygodnie były jednymi z najbardziej intensywnych w moim życiu, ale udało się - zdałam egzamin i przeniosłam się do klasy dwujęzycznej. Byłam ogromnie szczęśliwa… i prawie od razu kompletnie przytłoczona. Na lekcjach mówiło się wyłącznie po angielsku, a ja często nie rozumiałam połowy rzeczy. Kartkówki i egzaminy szły mi bardzo słabo, a prezentacje ustne były dla mnie ogromnym stresem. Po szkole spędzałam godziny na nadrabianiu zaległości,
a przed prezentacjami potrafiłam uczyć się całymi weekendami, często dosłownie na pamięć. Dopiero po około pół roku zaczęłam czuć się pewniej. Program wciąż był bardzo wymagający, ale przynajmniej wiedziałam już, co się dzieje.
Na koniec gimnazjum udało mi się osiągnąć kilka rzeczy, dzięki ogromnego wsparciu nauczycieli, m.in. mojej nauczycielki od języka angielskiego Pani Magdaleny Jóźwiak, które otworzyły mi kolejne drzwi. Zostałam laureatką wojewódzkiego konkursu z języka angielskiego i otrzymałam „Jaskółkę Chrobrego” dla najlepszej uczennicy klasy dwujęzycznej, dzięki czemu mogłam dostać się do klasy IB w Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, gdzie wtedy można było się dostać wyłącznie jako laureat konkursów wojewódzkich.
Znajomość języka angielskiego okazała się później bardzo przydatna - podczas wymiany FLEX, programu YYGS czy studiów za granicą. Dziś myślę o tym „American Dream” z dzieciństwa raczej nie jako o jednym wielkim celu, ale jako o czymś, co uczyło mnie odwagi, ciekawości świata i gotowości do próbowania, nawet wtedy, gdy nie wszystko od razu wychodziło.
2. Czego nauczył Cię program IB? Jakie umiejętności zauważasz, że wykorzystujesz na późniejszych etapach edukacji?
Program IB był dla mnie jednym z najbardziej wymagających etapów edukacji, ale też jednym z tych, które najwięcej mnie nauczyły – nie tylko akademicko. Zaczęłam go tuż po powrocie z wymiany FLEX, omijając klasę pre-IB i zaliczając egzaminy z całego roku po powrocie z wymiany w czerwcu. Choć język angielski nie stanowił już wtedy bariery, bardzo szybko przekonałam się, że sam program to zupełnie inny poziom intensywności niż to, co do tej pory znałam.
Większość osób miała dodatkowy rok, żeby się do niego przygotować, poznać nauczycieli i sposób pracy. Ja - trochę na własne życzenie - zostałam wrzucona na głęboką wodę. W tym samym czasie przeprowadziłam się sama do Warszawy, a niedługo później zaczęła się pandemia COVID-19. To wszystko sprawiło, że początek był dla mnie naprawdę trudny i momentami przytłaczający.
Z perspektywy czasu widzę jednak, jak wiele mi to dało. Jedną z najważniejszych rzeczy była umiejętność krytycznego myślenia. Zajęcia z TOK-u uczyły nas zadawania pytań, kwestionowania informacji i zastanawiania się nie tylko co wiemy, ale też skąd to wiemy. To był dla mnie zupełnie nowy sposób myślenia o wiedzy.
Bardzo dużo nauczyły mnie też pisemne elementy programu - internal assessments, extended essay czy przygotowania do matur ustnych. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z pisaniem prac w formie zbliżonej do badań naukowych: układaniem logicznej struktury, formułowaniem wstępu, opisywaniem metodologii, analizą danych i poprawnym cytowaniem źródeł. Rozprawki z języka polskiego i angielskiego oraz egzaminy ustne uczyły z kolei jasnego formułowania myśli, budowania argumentów i łączenia różnych źródeł w spójną całość – często pod presją czasu.
Na studiach bardzo szybko zauważyłam, jak bardzo te umiejętności mi pomagają. Pisanie lab reports czy esejów było mniej stresujące, bo znałam już ich strukturę i logikę. Sama świadomość „jak się za to zabrać” dawała mi poczucie większego spokoju, zwłaszcza w porównaniu z osobami, które wcześniej nie uczyły się po angielsku albo nie miały styczności z taką formą pracy.
Ważnym elementem IB był dla mnie także CAS – creativity, activity, service. Dzięki niemu łatwiej było zadbać o pewną równowagę między nauką a innymi aktywnościami i spróbować rzeczy, na które w innym programie być może nie znalazłoby się miejsca. Te doświadczenia okazały się później cenne nie tylko osobiście, ale też przy aplikacjach na studia za granicą.
IB nie było łatwe i zdecydowanie nie było idealne, ale nauczyło mnie samodzielności, cierpliwości i zaufania do procesu uczenia się. I to są rzeczy, które zabrałam ze sobą na kolejne etapy edukacji.
3. Jak dowiedziałaś się o programie FLEX i dlaczego zdecydowałaś się aplikować? Czy miałaś obawy związane z opuszczeniem klasy w Polsce i rozstaniem z przyjaciółmi? Doświadczyłaś FOMO?
O programie FLEX dowiedziałam się początkowo od koleżanki, która była bardzo podekscytowana aplikacją. Dla mnie wyjazd do amerykańskiego liceum był ogromnym marzeniem, ale jednocześnie czymś, co wydawało mi się kompletnie poza moim zasięgiem. Uznałam więc, że nie ma sensu próbować - przecież i tak się tam nie dostanę.
Kilka tygodni później moja mama usłyszała o FLEX-ie od znajomej i stwierdziła, że skoro od dziecka ciągle mówię o Stanach Zjednoczonych, to może jednak warto spróbować. Doskonale wiedziała, że szanse są minimalne (program przyjmuje około 2% kandydatów), ale zależało jej, żebym chociaż spróbowała. W tamtym momencie do deadline’u zostały dosłownie dwa dni. Bez większych oczekiwań, napisałam eseje aplikacyjne, wypełniłam formularz
i wysłałam aplikację.
Kilka miesięcy później w szkole usłyszałam od dwóch koleżanek z klasy, że dostały się do półfinałów. Ja nie mogłam wtedy sprawdzić maila na telefonie
i musiałam czekać do powrotu do domu. Pamiętam ten moment bardzo dobrze - otwieram laptopa, loguję się na pocztę i widzę wiadomość z FLEX-a. Też się dostałam. Półfinały odbyły się niedługo później w Warszawie i obejmowały rozmowy z komisją rekrutacyjną po polsku i po angielsku, testy językowe
i kolejne eseje. Potem znów przyszło czekanie.
Decydujący moment nastąpił kilka miesięcy później, kiedy podczas lekcji zadzwonił do mnie nieznany numer. Oddzwoniłam na przerwie, raczej z ostrożnością niż z nadzieją, myśląc, że może to być jakiś scam lub jakieś reklamy. Gdy usłyszałam jednak: „Dzwonię z programu FLEX, mam przyjemność poinformować, że zostałaś zakwalifikowana do programu”, przez chwilę dosłownie nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilka razy upewniałam się, czy dobrze słyszę. Moje koleżanki stojące po drugiej stronie korytarza, patrząc na moją minę, od razu wiedziały, co się stało.
Ekscytacja szybko wymieszała się z bardzo realnymi obawami. Najbardziej przeżywała to moja mama – dla niewtajemniczonych jest to osoba niezwykle opiekuńcza, dla której wizja wysłania 15-letniej córki samej na drugi koniec świata była naprawdę trudna. Była oczywiście ze mnie bardzo dumna, ale też bardzo się bała, co było dla mnie całkowicie zrozumiałe.
Sama też długo nie wiedziałam, jaką podjąć decyzję. Z jednej strony była to szansa życia – w pełni finansowany program, o którym marzą tysiące osób.
Z drugiej: oznaczało to opuszczenie pierwszej klasy liceum w Polsce, brak pewności co do zaliczenia roku, rozstanie z rodziną i przyjaciółmi oraz obawę,
że ominie mnie początek nowego etapu w Batorym. Do tego dochodziło FOMO - świadomość, że wszyscy w Polsce będą „iść dalej”, a ja będę bardzo daleko, zaczynała na nowo coś, co potrwa tylko rok.
Wahałam się niemal do ostatniej chwili, aż do ostatniego dnia przed wylotem. Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że jeśli nie spróbuję, będę się zawsze zastanawiać „co by było, gdyby”. Bałam się bardzo - byłam wtedy osobą dość nieśmiałą - ale właśnie dlatego zdecydowałam się pojechać. Chciałam sprawdzić siebie, nauczyć się większej samodzielności i zbudować trochę więcej pewności siebie.
4. Jak wyglądał Twój rok w Stanach - co najbardziej Cię zaskoczyło w szkole lub w rodzinie goszczącej?
Mój rok w Stanach zaczął się dokładnie tak, jak później wyglądała cała wymiana: intensywnie, trochę chaotycznie i bardzo nieprzewidywalnie. Już w drodze do Waszyngtonu, gdzie wszyscy stypendyści spotykali się na krótką orientację, doszło do ewakuacji lotniska. Ktoś przeszedł przez kontrolę z niedozwolonym przedmiotem, połowa terminala została zamknięta, a nasz lot odwołano. Przez kilkanaście godzin siedzieliśmy z innymi uczestnikami, z opiekunem programu, próbując dowiedzieć się, co dalej. Ostatecznie trafiliśmy do hotelu - bez walizek, tylko z bagażem podręcznym. Pamiętam, jak wieczorem praliśmy skarpetki w hotelowej umywalce i śmialiśmy się, że to chyba oficjalne rozpoczęcie „życia na wymianie”. Następnego dnia polecieliśmy dalej, a los sprawił mi miłą niespodziankę: dostałam jedno z trzech miejsc w klasie biznes. Po tej dobie chaosu możliwość wyspania się w samolocie była naprawdę bezcenna.
Po przylocie do Kalifornii byłam bardzo podekscytowana, ale początek w rodzinie goszczącej okazał się trudniejszy, niż się spodziewałam. Z czasem coraz gorzej się dogadywaliśmy i było to dla mnie emocjonalnie wymagające doświadczenie. Ogromnym wsparciem okazała się wtedy jedna z koleżanek z moich zajęć z matematyki, która zauważyła, że coś jest nie tak, i skontaktowała się z koordynatorką programu, oferując, że to oni mogą mnie przyjąć na ten rok. Dzięki temu trafiłam do nowej rodziny goszczącej, która przyjęła mnie bardzo ciepło i od razu sprawiła, że poczułam się bezpiecznie.
Miałam dwie host siostry, rodzinę o meksykańskich korzeniach i dom pełen energii. Host tata był byłym wojskowym, a sport był tam codziennością - co było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nigdy nie uważałam się za osobę szczególnie “sportową”. A jednak w trakcie wymiany trenowałam tenis, wrestling (do dziś brzmi to dla mnie absurdalnie) i skok o tyczce, który zupełnie niespodziewanie bardzo polubiłam. Było w tym dużo śmiechu, potu, łez, przełamywania własnych barier, ale przede wszystkim poczucia, że ktoś we mnie wierzy.
Mimo różnic czułam się częścią rodziny - razem przygotowywaliśmy się do Thanksgiving, jeździliśmy na wycieczki (m.in. pojechaliśmy na święta do rodziny w Arizonie i przy okazji zobaczyliśmy The Grand Canyon), a w maju wspólnie szukaliśmy sukienek na prom. Na zakończenie wymiany zorganizowali mi pożegnalną niespodziankę ze wszystkimi moimi znajomymi. Był ogromny, wielokolorowy tort, który bardzo szybko zamienił się w bitwę na lukier, a potem w pool party, do którego wszyscy wskoczyli jeszcze oblepieni ciastem. To był jeden z tych momentów, w których trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Szkoła również była dużym zaskoczeniem - pod względem otwartości i możliwości. Grałam na pianinie w jazz bandzie, z którym jeździliśmy na festiwale, m.in. do Santa Barbara. Wystąpiłam też w szkolnym musicalu Singing in the Rain, brałam udział w szkolnych „dances”, a także wyjechałam na tygodniowy wolontariat SCICON, gdzie opiekowałam się grupą szóstoklasistów w leśnym ośrodku edukacyjnym, ucząc ich o przyrodzie i biologii. To doświadczenie szczególnie zapadło mi w pamięć.
Ten rok zaskoczył mnie pod wieloma względami - skalą emocji, trudnościami, ale też tym, jak wiele dobra można spotkać, gdy pozwoli się sobie na bycie otwartym i niedoskonałym. Nauczył mnie, że proszenie o pomoc nie jest słabością, a domem może stać się miejsce, którego zupełnie się nie spodziewamy.
5. Po programie FLEX wyjechałaś do Stanów ponownie - tym razem na Yale Young Global Scholars. Jak wyglądała aplikacja? Czy była podobna do tej, którą później wysyłałaś na studia w USA?
Na Yale Young Global Scholars aplikowałam w dość nietypowym momencie, bo w czasie pandemii COVID-19. Program, który normalnie odbywa się na kampusie Yale, w tamtym roku został w całości przeniesiony do formy online. Oczywiście było mi trochę szkoda, że nie mogłam fizycznie pojechać do Stanów, ale z perspektywy czasu okazało się to… całkiem pomocne.
Jeden tydzień programu zbiegł mi się bowiem z Rejsem Mentoringowym Our Future Foundation, w którym brałam udział jako laureatka programu mentoringowego tej fundacji. W praktyce oznaczało to, że część zajęć YYGS realizowałam online z łódki na Mazurach, a drugi tydzień już spokojnie z domu. Było to dość surrealistyczne doświadczenie. Rano miałam zajęcia z wykładowcami z Yale, a po południu rozmowy mentoringowe i naukę pływania na łódkach, ale nauczyło mnie dużej elastyczności i dobrej organizacji.
Sama aplikacja na YYGS była pod pewnymi względami podobna do późniejszych aplikacji na studia w USA, choć zdecydowanie prostsza. Składała się z formularza z podstawowymi informacjami o aplikancie, danych o szkole, rekomendacji od nauczyciela oraz dwóch esejów. Był to dla mnie jeden z pierwszych momentów, kiedy musiałam w bardziej uporządkowany sposób opisać siebie, swoje zainteresowania i to, co naprawdę mnie ciekawi - nie tylko „co robię”, ale dlaczego.
Program oferował też możliwość aplikowania o stypendium, co było dla mnie bardzo ważne. Po złożeniu aplikacji i otrzymaniu decyzji, otrzymałam dofinansowanie na około 90% kosztów programu, a pozostałą część udało mi się pokryć dzięki grantowi dla alumnów programu FLEX. FLEX, w przeciwieństwie do wielu płatnych programów wymiany, ma bardzo dużą i wspierającą społeczność dla alumnów. Jako alumni mamy dostęp do grantów rozwojowych, wsparcia przy projektach społecznych czy możliwości udziału w międzynarodowych konferencjach — i z tej pomocy naprawdę korzystałam.
Z perspektywy czasu widzę, że YYGS było dla mnie bardzo dobrym „mostem” między liceum a późniejszymi aplikacjami na studia w USA. Pozwoliło mi oswoić się nie tylko z samą formą eseju, ale też z opowiadaniem własnej historii w sposób szczery i prosty - bez uciekania w utarte schematy czy „cliche.”
Ogromnym wsparciem okazała się dla mnie także pomoc innej alumny YYGS z Polski, która zgodziła się zerknąć na moje eseje i podpowiedzieć, jak je dopracować. To było bardzo budujące doświadczenie i pokazało mi, jak wiele można zyskać, po prostu odzywając się do osób, które przeszły podobną drogę. Często naprawdę chcą pomóc — trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok i do nich napisać i bardzo Was do tego zachęcam.
Z czasem sama zaczęłam robić to samo: pomagałam innym przy aplikacji na YYGS, a dziś wspieram kandydatów na studia jako mentorka w Our Future Foundation. Bardzo bliska jest mi zasada pay it forward — bo wiem, że bez życzliwości mentorów i zupełnie obcych osób, które poświęciły mi swój czas
i uwagę, nie byłabym dziś w miejscu, w którym jestem.
6. W jaki sposób były prowadzone zajęcia na Yale? Co najbardziej zapadło Ci w pamięć z tego programu?
Zajęcia na Yale były prowadzone w bardzo zróżnicowanej i angażującej formule. Część miała charakter wykładów prowadzonych przez profesorów Yale University, a część odbywała się w małych grupach dyskusyjnych, moderowanych przez studentów Yale oraz alumnów YYGS z poprzednich edycji. Ta druga forma szczególnie zapadła mi w pamięć, bo dawała przestrzeń do swobodnej wymiany myśli, zadawania pytań i pracy w międzynarodowym gronie.
Jednym z najbardziej wyjątkowych momentów było dla mnie to, jak długotrwałe i nieoczywiste okazały się relacje zbudowane podczas programu. Kilka lat później byłam na wymianie w Singapurze i mieszkałam na tym samym piętrze co bardzo bliska przyjaciółka jednej z uczestniczek mojej dawnej grupy dyskusyjnej. Zupełnie przypadkowo jej koleżanka skojarzyła mnie z opowieści. To drobne, ale bardzo symboliczne doświadczenie uświadomiło mi, jak globalna i trwała potrafi być sieć kontaktów zbudowana podczas tego programu, mimo tego, że odbywał się on online.
7. Jak myślisz, co przekonało komisje rekrutacyjne w programach FLEX i YYGS ? Na co warto zwracać uwagę aplikując, a czego unikać?
Myślę, że w obu programach komisje rekrutacyjne szukały nie tylko bardzo dobrych wyników, ale przede wszystkim osób, które rzeczywiście „udźwigną” całe doświadczenie i dobrze je wykorzystają.
FLEX
We FLEX-ie kluczowe było pokazanie, że kandydat poradzi sobie na rocznej wymianie w Stanach Zjednoczonych – zarówno językowo, jak i społecznie. Liczyła się gotowość do życia z rodziną goszczącą, otwartość na nowe środowisko, umiejętność budowania nowych relacji i samodzielność. Bardzo ważny był też aspekt reprezentowania Polski: zaangażowanie w wolontariat, chęć dzielenia się kulturą (np. prezentacje o Polsce, warsztaty, gotowanie pierogów), postawa ambasadorska i odpowiedzialność.
YYGS
W przypadku YYGS większy nacisk kładziony był na komponent akademicki: bardzo dobre oceny, mocne rekomendacje od nauczycieli oraz przemyślane, autentyczne eseje. Wydaje mi się, że komisja zwraca tutaj bardziej uwagę na ciekawość intelektualną, umiejętność samodzielnego myślenia i to, czy kandydat potrafi jasno opowiedzieć swoją historię i zainteresowania, bez popadania w schematy.
Na co zwracać uwagę aplikując:
autentyczność i spójność historii (dlaczego ten program i co z niego wyniesiesz),
konkretne przykłady działań i doświadczeń, a nie ogólne deklaracje,
pokazanie gotowości do wyjścia ze strefy komfortu i uczenia się od innych.
Czego unikać:
„idealizowania się” i pisania tego, co wydaje się „pod klucz”,
ogólników bez przykładów,
kopiowania cudzych narracji czy modnych haseł bez realnego pokrycia w doświadczeniu.
8. Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na Duke Kunshan University? Czy ta uczelnia była Twoim pierwszym wyborem?
Kiedy aplikowałam na studia, celowałam w uczelnie w USA, ale ostatecznie to Duke Kunshan University okazało się miejscem, które najbardziej do mnie „przemówiło”. Z jednej strony bardzo praktycznie - DKU zaoferowało mi najlepszy financial aid, który sprawił, że studia za granicą były po prostu realne.
Z drugiej strony – i to było dla mnie równie ważne - ten wybór dawał mi coś znacznie więcej niż jeden dyplom i jeden kraj.
Program na DKU oznaczał dwa dyplomy - amerykański (Duke University) i chiński, a także studiowanie między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Pociągała mnie ta nieoczywista ścieżka: życie i nauka pomiędzy różnymi systemami edukacji, kulturami i sposobami myślenia. Bardzo chciałam też nauczyć się języka chińskiego i naprawdę zrozumieć kraj, który tak silnie kształtuje współczesny świat, a nie tylko „zajrzeć do niego” z perspektywy krótkiego pobytu.
Ogromne znaczenie miało dla mnie również międzynarodowe środowisko - na roku spotykali się studenci z całego świata, a różnorodność była codziennością, nie dodatkiem. DKU jako młoda, rozwijająca się uczelnia dawało też coś wyjątkowego: przestrzeń do współtworzenia. Można było zakładać własne organizacje, inicjować projekty, realnie wpływać na życie kampusu i program studiów. Czułam, że to miejsce, w którym mój głos będzie słyszany.
Dziś wiem, że choć DKU nie było jedyną uczelnią, do której aplikowałam, to było najlepszym możliwym wyborem. Dało mi nie tylko solidne wykształcenie, ale też odwagę, by poruszać się między kulturami, zadawać pytania i budować własną ścieżkę w międzynarodowym świecie. To doświadczenie ukształtowało mnie zarówno akademicko, jak i osobiście - i sprawiło, że poczułam, iż naprawdę jestem w miejscu, które pozwala mi się rozwijać.
9. Jak odnalazłaś się w tak międzynarodowym środowisku studenckim? Czy ludzie byli bardziej rywalizujący ze sobą, czy raczej współpracujący?
Na początku miałam oczywiście moment niepewności - nowe miejsce, nowa kultura akademicka, ludzie z całego świata. Ale bardzo szybko okazało się, że to właśnie ta międzynarodowość wszystko ułatwia, a nie komplikuje. Prawie każdy był w podobnej sytuacji: daleko od domu, ucząc się funkcjonować w nowym środowisku. To naturalnie budowało otwartość i życzliwość, zamiast dystansu.
Atmosfera była zdecydowanie bardziej współpracująca niż rywalizująca. Ludzie byli ambitni, ale ta ambicja nie polegała na porównywaniu się czy „ściganiu”, tylko na wspólnym podnoszeniu poprzeczki. Często pomagaliśmy sobie nawzajem - dzieliliśmy się notatkami, uczyliśmy się razem do egzaminów, rozmawialiśmy o pomysłach i wątpliwościach. Bardzo zapadło mi w pamięć to, że można było być świetnym akademicko, a jednocześnie zwyczajnie dobrym dla innych.
To, że wszyscy mieszkaliśmy razem na kampusie, bardzo szybko stworzyło także poczucie bliskości i wspólnoty. Dzieliliśmy nie tylko zajęcia, ale też codzienność - wspólne posiłki w stołówce, rozmowy między wykładami, naukę do egzaminów i zwykłe, spokojne chwile bez planu. To sprawiało, że relacje budowały się naturalnie, bez wysiłku.
Dużo z tego życia toczyło się w drobnych rytuałach dnia codziennego: popołudniowe wyjścia na bubble tea, spontaniczne spacery po kampusie czy rozmowy przy chai w akademiku. Wieczorami organizowaliśmy karaoke nights, wspólne kolacje albo próby a cappella - muzyka bardzo szybko stała się dla mnie i dla innych sposobem na bycie razem, niezależnie od języka czy kultury. W przerwach semestralnych podróżowaliśmy razem - po Chinach i poza nimi - ucząc się siebie nawzajem w zupełnie inny, bardzo ludzki sposób.
To właśnie te momenty - wspólne mieszkanie, gotowanie, śpiewanie, śmiech po długim dniu - sprawiły, że międzynarodowe środowisko nie było abstrakcyjną ideą, tylko prawdziwą wspólnotą. Dzięki temu uczelnia była nie tylko miejscem nauki, ale też domem, a ludzie wokół - kimś znacznie więcej niż tylko znajomymi z uczelni.
10. Co było najtrudniejsze w wyjeździe na studia za granicę - różnice językowe i kulturowe, tęsknota za domem i przyjaciółmi, a może wysoki poziom akademicki?
Najtrudniejsze było dla mnie odnalezienie się w zupełnie innej codzienności kulturowej, szczególnie na początku pobytu w Chinach. To nie była kwestia samego języka, ale bardzo konkretnych, praktycznych różnic w tym, jak funkcjonuje życie na co dzień. Płatności przez kody QR zamiast kart, brak anglojęzycznych oznaczeń, sytuacje, w których nikt nie mówił po angielsku, czy ograniczona komunikacja miejska w Kunshan sprawiały, że nawet najprostsze sprawy wymagały planowania, cierpliwości i odwagi, by prosić o pomoc. Do tego dochodziły różnice żywieniowe, w tym ograniczona liczba opcji wegetariańskich, które na początku były realnym wyzwaniem.
Dodatkowo moje studia oznaczały ciągłe zmiany miejsca. W trakcie programu kilkukrotnie „zaczynałam od zera” - w Chinach, w Stanach Zjednoczonych
i podczas wymiany w Singapurze. Każdy wyjazd oznaczał od nowa ogarnianie codzienności: mieszkania, pościeli, zakupów, transportu, formalności, zupełnie nowego rytmu dnia. To były drobne rzeczy, ale ich nagromadzenie potrafiło być męczące i przytłaczające, szczególnie kiedy robi się to po raz trzeci.
Z czasem jednak zrozumiałam, że właśnie te doświadczenia dały mi ogromną siłę. Nauczyły mnie, że poradzę sobie w każdym miejscu, nawet jeśli na początku wszystko wydaje się obce i nieintuicyjne. Że potrafię stworzyć sobie namiastkę domu niezależnie od kraju, kontynentu czy kultury. Dziś patrzę na to z dużą wdzięcznością - bo to poczucie sprawczości i wewnętrznego spokoju zostało ze mną na długo, daleko poza samymi studiami.
Jeśli chodzi o wyzwania akademickie, to jednym z bardziej wymagających momentów była dla mnie fizyka jako obowiązkowy przedmiot na moim kierunku - i to w grupie, w której wielu studentów z Chin zdawało się rozwiązywać zadania szybciej, niż ja zdążyłam je przepisać. Bywało to onieśmielające, ale też zaskakująco motywujące; szybko nauczyło mnie, żeby nie porównywać się bez sensu, znaleźć własny sposób nauki i bez wstydu prosić o pomoc. Fizyka może nie została moją pasją, ale dała mi solidną lekcję pokory, wytrwałości i dystansu do siebie.
Równolegle była też tęsknota za domem i bliskimi - nie gwałtowna, raczej cicha i stała, obecna gdzieś w tle codzienności. Najbardziej dawała o sobie znać w momentach zmęczenia, podczas świąt albo wtedy, gdy brakowało rozmów w języku, w którym można mówić bez wysiłku i niedopowiedzeń. Były chwile, kiedy uświadamiałam sobie, jak bardzo brakuje mi rzeczy zupełnie prostych: znajomych głosów, poczucia bycia „na swoim miejscu”, tego, że ktoś zna mnie bez tłumaczenia. W takich momentach ogromnym wsparciem były wideorozmowy z mamą, babcią, siostrą i przyjaciółmi - czasem krótkie i zupełnie zwyczajne, ale dające poczucie ciągłości i bliskości mimo tysięcy kilometrów dzielących nas fizycznie.
Z czasem zrozumiałam jednak, że ta tęsknota nie jest czymś, z czym trzeba walczyć. Stała się raczej cichym przypomnieniem tego, co dla mnie ważne,
i dowodem relacji, które mnie ukształtowały. Te rozmowy, prowadzone z różnych stref czasowych, uczyły mnie, że można jednocześnie iść bardzo daleko w świat i pozostać głęboko zakorzenionym - że dom to nie tylko miejsce, ale ludzie, do których zawsze można wrócić, nawet jeśli na chwilę, przez ekran.
11. W jaki sposób łączyłaś naukę z pasją artystyczną? Czy na uczelni mogłaś rozwijać swoją miłość do muzyki?
Muzyka była dla mnie czymś bardzo naturalnym - nie dodatkiem do studiów, ale sposobem na zachowanie równowagi. Intensywna nauka wymagała skupienia i dyscypliny, a śpiew i tworzenie muzyki pozwalały mi „złapać oddech” i wrócić do nauki z nową energią. Często traktowałam próby czy występy jak moment zatrzymania się w bardzo intensywnym akademicko dniu.
DKU dało mi ogromną przestrzeń do rozwijania tej pasji. Jako nowa, dynamicznie rozwijająca się uczelnia było otwarte na inicjatywy studenckie, dzięki czemu mogłam założyć i prowadzić uniwersytecki zespół a cappella. Organizowaliśmy regularne próby, koncerty i wydarzenia muzyczne, a muzyka bardzo szybko stała się czymś, co łączyło ludzi z różnych kultur i środowisk. Śpiewanie razem przełamywało bariery językowe i budowało wspólnotę w sposób, którego nie da się osiągnąć w sali wykładowej.
W ciągu dwóch lat nasz zespół zrzeszał studentów z 14 różnych krajów, a razem z Pauline Rogers, z którą prowadziłam zespół a cappella, stworzyłyśmy „The World Medley” - utwór łączący fragmenty piosenek ze wszystkich krajów reprezentowanych w grupie, wykonywane w ich oryginalnych językach, m.in. po polsku, filipińsku, chińsku, angielsku i rumuńsku. Dwukrotnie zostaliśmy również uhonorowani nagrodą Student Organization of the Year – Arts & Culture, co było dla mnie ogromnym wyróżnieniem i potwierdzeniem, że ta inicjatywa miała realne znaczenie dla społeczności kampusu.
Łączenie nauki z pasją nauczyło mnie dobrej organizacji i świadomego zarządzania czasem, ale przede wszystkim przypomniało mi, że nawet w bardzo wymagającym środowisku akademickim jest miejsce na twórczość. Dzięki temu studia nie były tylko intelektualnym wyzwaniem, ale pełnym, wielowymiarowym doświadczeniem.
12. Co powiedziałabyś osobom, które marzą o podobnej ścieżce edukacyjnej - IB, wymianach i studiach za granicą?
Powiedziałabym przede wszystkim: nie czekaj, aż poczujesz się „wystarczająco gotowy”, bo ten moment często nigdy nie przychodzi. Prawie każda osoba, którą spotkałam na swojej drodze - na IB, na wymianach czy na studiach za granicą - miała wątpliwości, lęk i poczucie, że inni wiedzą więcej albo są lepiej przygotowani. To normalne. Gotowość bardzo często przychodzi dopiero w trakcie.
Warto myśleć o tej ścieżce nie jak o liście osiągnięć, ale jak o procesie uczenia się świata i siebie. IB, wymiany i studia za granicą uczą nie tylko akademicko, ale też samodzielności, odpowiedzialności i odwagi w proszeniu o pomoc. Nie trzeba być „idealnym kandydatem” - dużo ważniejsze są ciekawość, otwartość i gotowość do pracy.
Bardzo zachęcałabym też, żeby szukać wsparcia i pytać innych - alumnów, mentorów, starszych kolegów. Ja sama wielokrotnie korzystałam z pomocy osób, które wcześniej przeszły podobną drogę, i dziś wiem, jak ogromne to ma znaczenie. I na koniec: nie bójcie się swojej historii. To, skąd jesteście, jakie macie doświadczenia i wątpliwości, nie jest przeszkodą – bardzo często to właśnie one są Waszą największą siłą.
13. A co powiedziałabyś 12-letniej sobie?
Powiedziałabym jej, żeby była dla siebie łagodna. Że nie musi się spieszyć, porównywać ani udowadniać swojej wartości poprzez osiągnięcia. Że to, że dużo czuje, dużo myśli i zadaje pytania, jest darem - nawet jeśli na razie bywa to trochę ciężkie do uniesienia.
Powiedziałabym jej, żeby ufała swojej ciekawości, bo to ona poprowadzi ją dalej niż jakikolwiek plan. Że pasje, które dziś wydają się „tylko” przyjemnością - muzyka, historie, śpiew - staną się dla niej źródłem siły i miejscem, do którego będzie wracać, kiedy świat przyspieszy. I że nie musi wybierać między wrażliwością a ambicją - jedno i drugie może istnieć obok siebie.
I wreszcie powiedziałabym jej coś bardzo prostego: że wszystko, czego się boi, okaże się mniejsze, niż teraz wygląda. Że droga będzie długa i czasem samotna, ale pełna spotkań i ludzi, które zmienią ją na dobre. I że kiedyś spojrzy wstecz z wdzięcznością - nie za to, jak daleko zaszła, ale za to, że odważyła się iść.
Rozmowę prowadziła Kinga Subda